kraków pachnie miętą

Niedzielne leniwe popołudnie w Krakowie.
Najpyszniejsza toskańska zupa cebulowa (!), carbonara i lemoniada.
Piękne słoneczne patio przy kamienicy na ulicy Krupniczej.
To wszystko w "Mięcie RestoBarze".

Namiastka tego wyjątkowego klimatu poniżej i tutaj: mietarestobar.pl


 


 




kolendrowe love!

Nareszcie! Moja własna wyhodowana od ziarenka kolendra!
Teraz balkon pachnie goździkowo, kolendrowo, lawendowo...
Mmmmm...








...gdzieś tam z tyłu czai się też lubczyk, ale jeszcze malutki :)

Rzymskie Wakacje czas zacząć!

- już niedługo relacja z poszukiwania włoskich smaków!


zdjęcie: http://pinterest.com/pin/156148312053160905/

na koktajl do Colombii!

Jeśli chcecie wypić coś naprawdę wyjątkowego i zaskakującego polecam cocktail bar Colombia w Warszawie na ul.Kruczej!
www.colombiabar.pl

Profesjonalna obsługa, bajeczne koktajle i bar pełen małych skarbów. Odkrywanie nowych smaków połączone z odkrywaniem tych małych cudeniek: cukiernic, kryształowych kieliszków, słoiczków... kryjących składniki najlepszych koktajli w mieście. Od ziół, syropów, owoców, przypraw... po olejek różany zamknięty w kryształowym flakonie - jak najlepsze perfumy.

Nie sposób spróbować wszystkich kompozycji, ja polecam dwa koktajle, których spróbowałam po raz pierwszy właśnie w Colombii. Zaskakują wielowymiarowym smakiem:
Moscow Mule - połączenie piwa imbirowego, rosyjskiej wódki, limonki i bittersów
Wild Grass Colins - koktajl na bazie ginu, soku z cytryny, doprawiony trawą cytrynową i kardamonem







zdjęcia Aneta Studnicka - dzięki!

Indonezyjskie smaki (cz.1)

W Polsce ostatnio ciągle deszcz... więc ja zabieram Was do raju!
Oceniając kolory, smaki, zapachy... - tak z pewnością można nazwać Indonezję.



Zajmijmy się więc jedzeniem rodem z raju...
Będąc pierwszy raz w Azji - w Tajlandii - byłam zachwycona owocami, rybami i oczywiscie moim ukochanym FRIED NOODLES ZE WSZYSTKIM! Cokolwiek było doprawione moją ukochaną kolendrą, trawą cytrynową i orzeszkami od razu wpadało w moje ręce. Na szczęście w Tajlandii je się widelcem i łyżką więc smakołyki szybciej wpadały do mojego żołądka niż gdybym miała powolutku i zdrowo jeść pałeczkami :)

Do Indonezji jechałam z nastawieniem, że czekają mnie znów niezwykle doznania smakowe. Nie pomyliłam się, ale nie wiedziałam, że kuchnia indonezyjska jest tak różnorodna. Sama Indonezja składająca się z ok. 17 tysięcy wysp jest tak bogata kulturowo, religijnie, przyrodniczo, że kuchnia świetnie na tym skorzystała. My mieliśmy okazję odkrywać smaki Indonezji na Javie, Bali i Gili.

Wspólnym smakiem Indonezji i Tajlandii są sataye. Grillowane mięso lub owoce morza na patyku, z sosem orzechowym. Pycha! Różnica jest tylko jedna: w Tajlandii można je kupić na każdej uliczce, w Indonezji niestety nie. Różnica jest też w cenach. W Indonezji jedzenie było droższe niż w Tajlandii.


Uwielbiam odkrywanie smaków w nowym miejscu. Zawsze mam świetnego pomocnika. Kogoś, kto już przede mną tam był, sprawdził, spróbował i ocenił... - przewodnik backpackersów Lonely Planet. Wiele razy dzięki jego wskazówkom docierałam do miejsc, uliczek, knajpek, których nigdy bym nie znalazła. Czasem spotykałam tam wiele osób z całego świata, których ta sama lektura przyprowadziła na jakieś pyszne jedzenie do uroczego miejsca. Nigdy jednak nie zdarzyło się żeby te miejsca były wypelnione po brzegi turystami, zatłoczne. Zwykle wymieniamy z innymi przybyszami porozumiewawcze spojrzenia, zerkajac na trzymaną w rękach książkę.



Tak trafilismy między innymi do świetnej restauracji Three Monkeys (niedaleko Monkey Forest) w mieście Ubud na wyspie Bali. Restauracja była pięknie usytuowana zaraz przy polu ryżowym. Zupa  z krewetkami i smażony makaron z mięsem, warzywami i podsmażonymi orzeszkami (bihun goreng - może być z mięsem lub z krewetkami) - były wyśmienite. Popijane świeżymi sokami z mango czy melona, które w Indonezji są przepyszne.

Jeszcze nie wiedzialam ze spora porcja obiadu bardzo mi sie tego dnia przyda. Wycieczka rowerowa, na którą się wybieraliśmy zapowiadala sie całkiem przyjemnie. Nie przewidzielismy że dojazd do niedaleko położonych pól ryżowych i świątyni będzie aż tak wyczerpujacy. Chyba chęć przygody sprawiła, że nie pomyśleliśmy, ze jadąc w pełnym słońcu, na wypożyczonym rowerze (prawie bez hamulców), po terenie pagórkowatym (głównie pod górkę), można spalić caly pyszny obiad i wypić setki butelek wody. Warto było bo Goa Gajah - wykuta w skale świątynia - pusta, w deszczu, prezentuje się niesamowicie. A sok prosto z kokosa, który można kupić u pani na straganie obok jest wisienką na torcie tego miejsca.

Żeby nie było tak idealnie deszcz się nasilał wraz zapadaniem zmroku, a mnie zepsuł się rower. Pół godzinki naprawiania kamieniem, wśród lokalnych gapiów i mogliśmy jechać dalej. Gapie mieli wyraz twarzy, który mówił: Gdzie im się tak śpieszy? Bo tak jak w Tajlandii, w Indonezji też poczucie czasu nie istnieje. A czekała nas długa trasa powrotna krętymi uliczkami na rowerach bez oświetlenia. Zmęczenie i głód wzięło górę. Powrót zaliczyłam stopem - samochodem dostawczym z rowerem na pace. Dzieki temu można było szybciej dotrzeć na tak wyczekaną kolację.

Przejazd pustymi ścieżkami między polami ryżowymi i wizyta w skalnej światyni to wrażenia dla których warto było się zmęczyć i zgłodnieć.

Dopóki nie zobaczy się na żywo tarasów ryżowych nie można uwierzyć że istnieje w naturze tyle odcieni zielenii... Poniżej te najbardziej efektowne w Jatiluwih, znajdujące się na liście UNESCO.






Jeśli się już zobaczy tarasy ryżówe, pochodzi po przyległych ścieżkach, z bliska zobaczy cały system nawadniania wykopany jak od linijki, to inczej smakuje każde ziarnko ryżu w NASI GORENG (potrawie na bazie smażonego ryżu).

A ryż podany na liściu bananowca, ze świeżą grillowaną rybą morską to już poezja.



Tę potrawę jedliśmy po długiej podróży autobusem, promem i samochodem z Javy na Bali.
Do hotelu, w którym taka kolacja nas przywitała trafiliśmy przypadkiem, szukając po ciemnku miejsca do spania w Pemuteran. Kiedy wyczerpani podróżą zobaczylismy kilka stolików miedzy drzewami a bungalowami, a przy nich zachwyconą rodzinkę jedzącą kolację postanowiliśmy zostać w Tirta Sari.
Nasza decyzję pomogły nam podjąć: plaża za płotem z miejscami do snorkowania, łóżko z baldachimem, łazienka i prysznic pod gołym niebem, drinki w basenie i knajpki na plaży ze świeżymi owocami morza.



Jednak tradycyjne i bardziej "domowe" potrawy, popijane lokalnymi trunkami, jedlismy gdzie indziej. W małej resturacyjce rodzinnej, kuszącej szyldem "the cheapest in town". Rzeczywiście ceny są niskie, ale najważniejsze, że można tam zjeść typowe balijskie potrawy i poznać ich prawdziwy smak. Smak orzeszków, zielonej fasolki i czipsów krewetkowych. Nasi Goreng - jeden z lepszych w Indonezji.
Restauracja jest trochę ukryta więc omijają ją tłumy turystów, można więc leniwie przesiadywać na tarasie i rozkoszować się smakami i zapachami...



Jeśli mówimy o zapachach od razu na myśl przychodzi inny balijski przysmak. Kawa z Bali i Kopi Luwak to jedna z najbardziej rozpoznawalnych i najlepszych kaw świata.

Kawa, to jak rośnie i nabiera swojego niepowtarzalnego smaku to temat na następnego posta.
W następnych odsłonach możecie się też spodziewać postów o wszechobecnych grzybkach halucynogennych, jedzeniu na plaży na Gili, śniadaniu na wulkanie i tym co warto przywieźć do własnej kuchni.


A dla wielbicieli indonezyjskich przysmaków mam bloga, którego niedawno odkryłam: 
http://www.indochinekitchen.com/ - zróbcie to w domu!

Ja na pewno zrobię pork noodle soup - czyli SOTO BABI. W Indonezji można zjeść tę zupę z kilkoma rodzajami mięs. Pycha!

przewodnik po jadalnych kwiatach

Chyba pójdę w ślady mojego kota, który namiętnie obgryza mi lawendę na balkonie :)

 (Credit: All, Josh Williams)

znalezione na stronie świetnego magazynu: "Bon Appetit"!
więcej tu: http://www.bonappetit.com

najlepsze ciasto drożdżowe znalazłam na Pradze!

Jeśli ktoś jest takim "zbieraczem" i amatorem staroci jak ja - klimat "ZAJĄCA W KAPUŚCIE" na warszawskiej Pradze przypadnie mu do gustu... i będzie chciał tam wziąż przesiadywać.

Stara kamienica. Tysiące bibelotów, starych sprzętów i bardzo miła Pani. Klimat przypomina mi trochę włoskie knajpki rodzinne, gdzie poza jedzeniem można tez pogadać, pooglądać wieszane na ścianach różne ciekawostki, plakaty, zdjęcia i poznać historię tego miejsca.

Jest cudnie, rodzinnie i przede wszystkim PRAWDZIWIE.




A ciasto drożdżowe, które tam kupiłam to najlepsze jakie jadłam w życiu. Zapakowane w biały papier, pachnące... jak u babci.



Polecam!
https://www.facebook.com/zajacw.kapuscie

GRUZIŃSKIE WINA... czyli jak zdjęcia stały się nieostre



Gruzińskie winko najlepiej smakuje z lokalnymi piklami, tak jak w tej przemiłej knajpce w Sighnaghi. Uroczym miasteczku w Kachetii nieco przypominającej Toskanię. Miasteczko jest położone wysoko, skąd roztacza się cudny widok na daleki Kaukaz.

Tam też mogliśmy na festiwalu sera i wina, nie tylko popróbować, ale też zobaczyć jak powstaje wino.
Od wizyty w winnicy i własnoręczne zbieranie winogron po degustacje.





Potem mogło być już tylko lepiej... uświadomiono nam co to CZACZA domowej roboty. Chociaż słowo świadomość i Czacza w jednym zdaniu nie powinny być używane :)
Najprościej mówiąc Czacza to winiak, który powstaje z resztek winogron, pestek, które powstały w wyniku produkcji wina. O procentach nie wypada mówić.
Taką Czaczę prawie każdy pędzi tam w domu. My mieliśmy okazje być i degustować Czaczę u bardzo sympatycznego Pana, którego "pracownia" a zarazem spiżarnia wyglądała tak:


A gdzie wino było najlepsze?
Zdecydowanie w Tsinandali. I to wino chyba nadal pozostaje tym ulubionym gruzińskim!
Tam próbowaliśmy win nie tylko w podziemnych magazynach, ale też przechadzając sie z kieliszkiem w ręku po alejkach pięknego parku.


Największe wrażenie zrobiła na mnie winnica do której trafiliśmy przypadkiem.
Jeszcze zamknięta, przed sezonem, dopiero co przygotowana na wizyty turystów. Zawiózł nas tam kierowca, który twierdził, że nie pożałujemy. I było warto.
Z ciekawostek dotyczących kierowcy i jego starego opla vectry: dowiedzeliśmy się, że oszczędna jazda to w Gruzji znaczy coś więcej niż w Polsce. Ponieważ droga do winnicy była położona w terenie pagórkowatym Pan Kierowca za każdym razem kiedy się rozpędził po prostu wyłączał silnik. A my niemądrze przez pierwsze pół godziny uważaliśmy, że albo nagle auto zaczęło tak cicho jechać, albo jest tak zepsute, że samo się wyłącza co jakiś czas.

Dojechaliśmy!

Winnica Khareba to prawie 8km tuneli, w których przechowywane jest wino! Oprócz wyśmienitych win, klimat tej winnicy, z jej labiryntami i korytarzami jest nie do zapomnienia. No chyba, że ktoś zbyt długo degustuje :) My wyjechaliśmy zaopatrzeni w dwa winka: Saperavi i Mtsvane.





I na koniec winnica, z której wina można kupić w Polsce - Kindzmarauli
Wizyty w tej winnicy nie polecam osobom o słabej głowie :) Ponieważ tam degustacja każdego gatunku wina polega na wypiciu całego kieliszka nalanego prosto z wielkiej kadzi. Kiedy się ociągamy Pan, który nas oprowadza śpieszy z pomocą. Każe dopijać natychmiast bo w ręku trzyma już kolejne wyśmienite wino do skosztowania.
Wrażenia i zapach unoszący się w winnicy - bezcenne.


Z zapakowanymi 6 butelkami wina, wrócilismy do Polski. Teraz zostały już same butelki.
Ale pisząc to sączę sobie Kindzmarauli... kupione w Polsce, ale smak cudownie oddaje klimat Gruzji.


Moje ulubione? TSINANDALI i BADAGONI Kachetian Noble!

Let's get on plane & fly to SPAIN!

... a najlepiej do Barcelony na KREM KATALOŃSKI!




mmmmm... a do tego schłodzona CAVA albo białe winko!
Ten ze zdjęcia - najlepszy, zjedzony na Plaça Santa Maria w Barcelonie.